Wywiad z Dyrektorem Wojciechem Patkowskim

W którymś z wywiadów przyznał Pan: „W siódmej klasie jeszcze nie wiedziałem, kim chcę zostać. Wiedziałem tylko, że chcę iść do liceum. I tak też zrobiłem. Na szczęście wyniki egzaminów zakwalifikowały mnie do dobrego liceum. Przez prawie cztery lata chodziłem do klasy o profilu matematyczno-fizycznym. Biorąc pod uwagę wybrany przeze mnie profil, można by było powiedzieć, że dalej powinienem wybrać dla siebie studia techniczne. Jednak po czterech latach w liceum na profilu matematyczno-fizycznym poszedłem na studia…….. humanistyczne.” Nie żałuje Pan, że nie został inżynierem lub pracownikiem jakiejś międzynarodowej firmy?

Nie żałuję. Po tylu latach pracy, a mija właśnie trzydziesty dziewiąty rok mojej pracy zawodowej po skończeniu studiów, nigdy nie żałowałem tego kierunku i tej formy swojej aktywności zawodowej. Zawsze lubiłem swoją pracę i cieszę się, że wybrałem pracę z dziećmi.

Swoją pracę w szkole zaczynał Pan jako pedagog szkolny. Niektórzy myślą, że praca pedagoga jest, łagodnie mówiąc, mało interesująca…

Praca pedagoga szkolnego jest bardzo wyjątkowa. Pedagog to taki „rzecznikiem praw ucznia”. Wiem jedno, że na pewno nie jest ona nudna. To praca, której nigdy nie można przewidzieć. Myślę, że to nauczyciel przedmiotu, planując swoją pracę dydaktyczną na cały rok wie, jaką tematykę będzie realizował, natomiast pedagog szkolny nie może do końca przewidzieć swojej pracy. Oprócz planowych spotkań i zajęć z dziećmi, zawsze coś nagłego i pilnego „wyskoczy”. Właśnie ten „element zaskoczenia” sprawia, że jest to tak bardzo ciekawy zawód. Zanim zostałem pedagogiem szkolnym, przez trzy lata pracowałem również jako pedagog w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej.

Czy praca pedagoga szkolnego jest stresująca?

Nie ma niestresującej pracy. Ktoś kiedyś powiedział, że jedynie niestresującą pracą jest praca bibliotekarza i muzealnika. Mam koleżanki pracujące zarówno w muzeum, jaki i w bibliotekach i one mówią, że tam też jest stres. Myślę więc, że nie ma niestresującego zawodu.

Na pewno jednak bardziej stresujące jest „bycie dyrektorem”…

Oczywiście, że tak. Dyrektor szkoły to pełna odpowiedzialność, która narasta z każdym rokiem pracy. Kiedy rozpoczynałem pracę, jako naczelny dyrektor, wtedy obowiązki wynikające z przepisów prawa, które są nakładane na dyrektora placówki oświatowej, mieściły się na jednej kartce papieru. A teraz, gdybyśmy mieli spisać ustawy i rozporządzenia do ustaw, które  nakładają na dyrektora różne ministerstwa, to myślę, że parę kartek papieru byśmy zapisali.

Jedno jest pewne – stres stresem, ale jakbym tego nie lubił i nie widział się w tej roli, to nie pracowałbym na tym stanowisku ponad dwadzieścia pięć lat.

Reasumując. Dyrektor szkoły musi się znać na prawie wszystkim i znać się na przepisach prawa….

Na przepisach prawa oświatowego, przepisach prawa pracy, powinien znać ustawę o samorządzie gminnym, prawo oświatowe, prawo o ruchu drogowym (dyrektor wydaje karty rowerowe i motorowerowe). Dyrektor szkoły musi znać przepisy dotyczące prawa budowlanego, ponieważ ma w zarządzie obiekt budowlany (w naszym przypadku budynek jest ogromny), czyli musi wiedzieć, jakie mają być przeglądy i w jakim terminie. A za prawem budowlanym idzie następne prawo – o ochronie przeciwpożarowej, gdyż każdy budynek użyteczności publicznej musi spełniać warunki ppoż. Prawo sanitarne to współpraca z sanepidem, który ustala bardzo szczegółowe zasady funkcjonowania w budynku szkolnym.

Nie wspominałem jeszcze o przepisach związanych z ochroną danych osobowych… Kiedy zaczynałem pracę na stanowisku dyrektora, nikt nie zastanawiał się, czy nie będzie naruszeniem danych osobowych wywieszenie na drzwiach wejściowych szkoły listy nazwisk dzieci przyjętych do klasy pierwszej lub, czy podanie do publicznej wiadomości w klasie wyników klasówki także nie jest naruszeniem danych …

I moglibyśmy tak mnożyć.

I to wszystko to spada na jednego człowieka?

Nie! oczywiście że nie… W szkole – tak dużej, jak nasza – te wszystkie zadania są delegowane na pracowników – wicedyrektorów i innych nauczycieli, bo żaden dyrektor, nawet największy pracoholik, nie poradziłby sobie z tym. Ale oczywiście za wszystko, jednoosobowo odpowiada dyrektor szkoły. Jeżeli ktoś czegoś nie dopilnuje – to i tak w ostatecznym rozrachunku odpowiada dyrektor.

Ilość przepisów i nakładanych na dyrektora szkoły obostrzeń rośnie w tempie geometrycznym.

To w takim razie zapytam, czy śpi Pan spokojnie?

Już niedługo będę spał spokojnie. I nie zazdroszczę wszystkim swoim kolegom i koleżankom pracy w tym zbliżającym się roku szkolnym – oczywiście mam na myśli pandemię.

Wspominał Pan, że największą radość sprawiają Panu, uczniowie, którzy są zadowoleni ze swoich wyników w nauce i czują się dobrze w naszej szkole. Lubi Pan też gwar na przerwie, ponieważ to oznacza, że szkoła żyje. Radość sprawiają Panu też wszystkie osiągnięcia uczniów w różnych konkursach, zawodach…. A czy z perspektywy tych wszystkich lat jest coś, z czego jest Pan szczególnie dumny?

Zawsze wzrusza mnie i sprawia mi radość to, gdy będąc na terenie miasta, czy to w sklepie, czy w jakimś urzędzie, na stacji benzynowej, czy w zakładzie usługowym, wiele dorosłych osób uśmiecha się, kłania i mówi: „Pan był moim dyrektorem, pedagogiem”.

Na pewno były też w pracy momenty trudne…

Najtrudniejsze były ostatnie dwa lata. Myślę, że nie tylko dla mnie, ale i dla większości nauczycieli. I to nie dlatego, że wzorem starych żołnierzy, kiedy była jeszcze zasadnicza służba wojskowa, każdy żołnierz odliczał ile ma dni do cywila. Ja oczywiście tego nie odliczałem.

Ostatni rok związany z pandemia i zmianą systemu nauczania wymagał wielkiej odpowiedzialności i podejmowania szybkich decyzji na stanowisku kierowniczym.

Drugim, stresującym dla mnie momentem, był strajk nauczycieli w 2019 roku. Mimo, że jako dyrektor nie mogłem w nim uczestniczyć, jednak mocno ich wspierałem. Pamiętam, że wtedy wszyscy się zastanawialiśmy, jak to będzie z egzaminem ósmoklasistów. Wtedy czułem podwójną presję i odpowiedzialność za dzieci. Widziałem, jak one się stresują, jacy zdenerwowani byli rodzice i jak rozdarci byliśmy my – nauczyciele. I za te trzy dni, kiedy odbył się egzamin, bo niektórzy nauczyciele przerwali akcje protestacyjną na te dni, aby uczestniczyć w zespołach nadzorujących, bardzo serdecznie wszystkim dziękuję. Jestem również dumny z naszych pracowników, że akcja strajkowa nie podzieliła grona pedagogicznego naszej szkoły. Każdy rozumiał argumenty innych.

Proszę opowiedzieć, jakie były początki Pana kariery na stanowisku dyrektora szkoły?

Dyrektorem zostałem niespodziewanie. Szczególny był dzień nominacji – 1 kwietnia 1995 roku – prima aprilis. I tego dnia, jako jeden z wicedyrektorów tej szkoły otrzymałem informację od swojego ówczesnego szefa, że on przechodzi do pracy w Wydziale Edukacji i zgłosił moja kandydaturę Prezydentowi Miasta. Zapytał mnie, czy chcę pełnić obowiązki dyrektora szkoły do końca roku szkolnego. Miałem na zastanowienie parę godzin. Wtedy, jako młody, trzydziestoparoletni człowiek, zgodziłem się na te pięć miesięcy kierować szkołą. Pierwszego kwietnia 1995 roku w naszej Sali teatralnej wiceprezydent Radomia, pan Ryszard Fałek powierzył mi pełnienie obowiązków dyrektora.

Wtedy, w prima aprilis nie przypuszczałem, że ten urząd przeciągnie się na następne dwadzieścia pięć lat.

Te pierwsze pięć miesięcy były dla mnie bardzo trudne i pracowite. Nie tylko musiałem wdrożyć się w obowiązki dyrektora, ale jeszcze musiałem przeprowadzić społeczność szkolną przez ważną dla historii szkoły uroczystość. Przygotowywaliśmy się wtedy do jubileuszu dziesięciolecia szkoły. Wtedy również odbyło się nadanie imienia szkole i otrzymanie sztandaru. Wszystkie uroczystości miały odbyć się w październiku 1995 roku.

Wyzwania i zadania, które musiałem wykonać, jeszcze bardziej jednak zachęciły mnie do przystąpienia do konkursu, który wygrałem.

A potem były kolejne konkursu…

Potem było pięć następnych kadencji. I to zawsze w wyniku wygranego konkursu. To sprawiło mi największą satysfakcję – nigdy nie wygrywałem konkursu walkowerem, zawsze miałem kontrkandydata. To jest taka moja sportowa żyłka i to mi sprawiało satysfakcję.

Druga refleksja – przez te dwadzieścia pięć lat miałem zaszczyt pracować pod kierunkiem sześciu prezydentów miasta i dziewięciu prezydentów d/s oświaty. Zmieniały się czasy, zmieniały się opcje polityczne, a ja zawsze wygrywałem konkursy i byłem doceniony – myślę, że za swoją wiedzę i doświadczenie. Byłem doceniany bez względu na to, kto stał na czele naszego miasta.

Jakie dałby Pan wskazówki swojemu następcy na początek pracy.

Przez cały sierpień współpracuję i przekazuję swoją wiedzę i doświadczenie koleżance, która tutaj obejmie stanowisko. I cieszy mnie to, że to jest pracownik naszej szkoły, wieloletni nauczyciel, ktoś, kto wyrósł z tego środowiska.

Po raz pierwszy w historii szkoły dyrektorem zostaje kobieta….

W trzydziestopięcioletniej tradycji szkoły, bo szkoła ruszyła pierwszego września 1985 roku, dyrektorami byli mężczyźni. Po trzydziestu pięciu latach następuje zmiana. Czwartym dyrektorem naszej szkoły będzie kobieta. Myślę, że na szkołę spojrzy kobiecym okiem i będzie jeszcze lepiej…A na pewno inaczej.

Czy zamierza Pan gdzieś podzielić się swoja rozległą wiedzą i doświadczeniem? Szkolenia, książka,  poradnik pt.” Jak zostać dyrektorem i nie zwariować”….

Kiedy studiowałem pedagogikę, moim wzorem pedagoga był międzywojenny pedagog – pan Kazimierz Jeżewski. W swojej działalności pedagogicznej robił świetne rzeczy. Był twórcą pierwszych rodzinnych domów dziecka na wzór innych wiosek szwajcarskich Pestalozziego. Wioski tworzone przez pana Jeżewskiego miały jednak tzw. model rodzinny – była mama i tata oraz przybrane dzieci. W wioskach szwajcarskich – nie ma ojca, jest tylko matka i ciotka. Pan Jeżewski według mnie miał lepszy pomysł. Poza ty przemawia do mnie to, że był on pedagogiem czynu a nie pióra. Napisał jedną książkę i może dlatego nie był on bardzo popularny, pomimo, że jego koncepcje są doskonałe. Ja też mogę o sobie powiedzieć, że jestem pedagogiem czynu. Nic nigdy nie przelałem na papier. Jedynymi pracami, które napisałem była moja praca magisterska i później prace dyplomowe na studiach podyplomowych.

Przez te wszystkie lata towarzyszyła Panu maskotka – bohater amerykańskiego serialu – Alf. Wspominał Pan, że inspirujące jest jego bezstresowe podejście do życia. Czy Alf również wybiera się na emeryturę?

Oczywiście, że Alf wybierze się ze mną na emeryturę. Wróci do domu razem ze mną, stanie na biurku w moim mieszkaniu przy prywatnym komputerze. On zawsze inspirował mnie swoja postawą i swoim powiedzeniem „No problem”. Lubię wracać do tego serialu. Lubię oglądać również inne komediowe sitcomy. One mnie odstresowują, pozwalają spojrzeć na problemy i trudne zadania z innej perspektywy. Innym serialem, do którego chętnie powracam jest komedia Alo Alo! Podoba mi się specyficzny angielski humor, bliska jest mi również tematyka tego serialu, ponieważ akcja dzieje się podczas drugiej wojny światowej…

Interesuje się Pan historią?

Oczywiście, historia jest mi bardzo bliska. Jako młody chłopak rozważałem nawet pójcie na studia historyczne. Jestem fanem historii. Szczególnie interesuje mnie historia sportu i kultury fizycznej.

Do którego polskiego filmu najchętniej Pan wraca?

Uwielbiam twórczość pana Barei. Nawet mam polubiona stronę na FB dotyczącą jego twórczości. W nocy o północny wiedziałbym, z którego filmu i jakiej sceny jest dane powiedzenie.

Ulubiona scena?

Hmmm… Wiele ich… Często dla poprawy humoru wracam do sceny, kiedy panu Ochódzkiemu z filmu „Miś” zostaje przedstawiona aktorka Aleksandra Kozel. Jej szef określa ją jako: „Bardzo porządną dziewczynę”, na co pan Ryszard Ochódzki wypowiada dwuznaczne zdanie: „ Trudno. Co robić.”.

Ponieważ słowa nie oddadzą atmosfery filmu zachęcam wszystkich do jego obejrzenia. Młodsi widzowie powinni obejrzeć go z rodzicami, gdyż ważne jest wytłumaczenie kontekstu politycznego i kulturowego czasów PRL.

A czy miał pan w swoim gabinecie szafę z magnetofonem, gdzie każdy nauczyciel i pracownik szkoły mógłby nagrać wierszowaną laurkę ku czci pana „prezesa” PSP nr 24?

No właśnie nie miałem szafy ani magnetofonu szpulowego!! No i nikt mi nie zaśpiewał „Łubu dubu, łubu dubu niech nam żyje prezes naszego klubu”.

Innym filmem, który chętnie oglądam jest jeden z pierwszych filmów pana Barei, jeszcze czarno – biały pt. „Mąż swojej żony”. Zabawna komedia z życiowym przesłaniem…

Zawsze, kiedy jest okazja, wracam do tych filmów i tylko moja żona złości się, że ciągle w telewizji leci to samo….

W filmie „Mąż swojej żony” główna bohaterka jest lekkoatletką – sprinterką, a czy Pan uprawia jakiś sport?

Ja nigdy nie byłem wyczynowym sportowcem, nie mam takich predyspozycji. Natomiast lubiłem aktywność fizyczną. Zresztą na lekcjach, które prowadziłem z uczniami zawsze im powtarzałem, jak ta dziedzina ludzkiego życia jest ważna. Oni już wiedzą, że ja nigdy podczas swojej edukacji nie opuściłem żadnego wychowania fizycznego. Mogłem w liceum „zwiać” z innych lekcji, ale na wf wracałem. Na studiach również był to jeden z ważniejszych przedmiotów…

Lubię też, jako kibic, oglądać różne wydarzenia sportowe, najlepiej „na żywo” na hali, czy na trybunach boiska. Tak jak miłośnik teatru mówi, że żaden teatr telewizji nie zastąpi bezpośredniego spotkania z aktorem, tak samo ja mówię, że nic nie zastąpi atmosfery i emocji podczas imprezy sportowej, śledzonej na żywo. Nawet, jeżeli w telewizji jest ładniejszy widok i są powtórki.

Jakie ma Pan plany na następny etap swojego życia? Podróże, wędkowanie, działka, książki….

Nigdy nie wędkowałem ani nie uprawiałem działki, bo jestem „chłopakiem z miasta” i w mojej rodzinie nie było takiej tradycji. Mam jeszcze oprócz Radomia swoje inne miejsce, w którym lubię przebywać – to jest mój dom rodzinny w Białej Podlaskiej – cudowne  tereny na spacery, zwiedzanie. No i mój ukochany Wrocław, w którym mieszkałem przez pierwsze siedem lat mojego życia i do którego wracam z sentymentem.

Podróże – na pewno! Uwielbiam podróżować i zamierzam to robić, oczywiście o ile sytuacja na to pozwoli.

Na pewno zaległa lektura- już książki na mnie czekają.

Na pewno spacery, spędzanie czasu z wnukami…, które uwielbiam, lubię ich rozpieszczać, zabierać na spacery czy na różne imprezy. Chociaż nie jestem tzw. „dziadkiem na okrągło”.

Czy jakaś aktywność zawodowa?  – Na razie o tym nie myślę.

Nie boi się Pan tego następnego etapu życia?

Nie!

Znajomi, którzy już stali się „stypendystami ZUS-u”, nie narzekają na brak zajęć i aktywności. Dopóki zdrowie pozwoli, to mam w planach tyle fajnych rzeczy do zrobienia, których nie mogłem zrobić ze względu na zobowiązania zawodowe…

Gdy Pan słyszy słowa: „PSP nr 24” to…

Czuję radość i satysfakcję.

Jedno jest pewne – najbliższa mojemu sercu jest liczba 24.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Monika Gajda